Przyjemność: Kreta

Niedziela

Modlin, lotnisko, 5 rano. Próbuję złapać jakikolwiek nastrój, zacząć myśleć, niestety paraliż nie mija. Tak jakby mnie nie było. Jestem tylko przepływem wrażeń.

Na Kretę, do Chani, przyjechałam po swobodę. Dlatego jest to samotna podróż, jestem tu ja i tylko ja. Chcę znaleźć specyficznie przeze mnie rozumianą wolność, a najpierw w pełni uświadomić sobie swoje ograniczenia. Chcę tę wolność wywieść ze swojego zniewolenia.

Jestem tu po to, aby rozluźnić się totalnie, z dala od wszelkich presji, także tych ludzkich – na nikogo nie muszę uważać z wyrazem mojej twarzy, mogę spokojnie dać sobie czas na dokończenie wcześniej zaczętej myśli, robić nic bez oglądania się na czyjeś „zróbmy coś”. Warunki mam ku temu doskonałe. Ławka, książka, 3 metry do morza.

31543188_10214205497484552_8321124464527933440_n

Chanię znam z ubiegłego roku. Wybrałam to miasto, bo jest łatwe w obsłudze – niczym nie przytłacza, niczym za bardzo nie kusi, nie zniewala. Jest doskonałym tłem. W Chani zostaje się zwykle na 1-2 dni, a potem rusza się dalej w Kretę zobaczyć rajskie plaże, gaje oliwne i kozy na kamienistych zboczach. Ja zostaję w tym mieście tydzień, licząc że poza wolnością znajdę tu także nudę. Może są ze sobą połączone?

Kreta – wyspa ograniczona morzem i wiatrem. Odcięcie. Ograniczenie. Uwolnienie. Jak to zatrzymać na dłużej? Gubię to poczucie, gdy tylko przekraczam drzwi szpitala. Chcę uzbroić się w siłę, by móc podjąć decyzję, by zapewnić sobie wybór, by się nie cofnąć. Mowa o końcu.

Jak wygląda wymarzony koniec? Tak, wymarzony, to się wydarzy, więc dlaczego nie miałabym o tym marzyć?

Wersja imprezowa: po uzyskaniu w miarę pewnej informacji o tym, że już nie ma odwrotu, że lepiej nie będzie – wprost przeciwnie, będzie tylko gorzej, ale jeszcze przed bólem, przed cierpieniem, urządzam wspaniałe przyjęcie. Wszyscy wiedzą z jakiej okazji się spotykamy. Bawimy się, płaczemy, rozmawiamy, pijemy, a w pewnym momencie żegnam się ze wszystkimi i bezboleśnie umieram, otoczona imprezą, która trwa dalej.

Wersja szwajcarska: zapisuję się do organizacji Dignitas, dostaję od nich „zielone światło”, wciąż mogę podróżować, więc z najbliższymi przyjaciółmi i rodziną wsiadamy do wesołego samolotu/busa – jedziemy na miejsce, potem jak wyżej.

Wersja po cichu: nie żegnając się, nikomu nic nie mówiąc, wyjeżdżam w piękne, być może egzotyczne miejsce, spotykam się z nowo poznanym mężczyzną, który nic o mnie nie wie i o nic nie pyta, spędzamy wspaniałą noc, wreszcie on zostawia mnie samą, a ja nie czekając już ani chwili dłużej, po papierosie, zasypiam wiecznym, bezbolesnym snem.

Wersja ideał: zasypiam jeszcze tego wieczoru i już nigdy się nie budzę. Bez ostrzeżenia.

Wersja science fiction: którąkolwiek z wersji bym nie wybrała, bezboleśnie umieram w specjalnym kombinezonie, który zaraz po ustaniu funkcji życiowych utylizuje moje ciało. Nie zostaje po mnie zupełnie nic.

To być może jest największa naiwność z mojej strony. Wiem już, że nie da się przewidzieć tego, czego będę chciała dopóki nie jestem w danej sytuacji. Granice się przesuwają za każdym razem, nie możemy być sobą z przyszłości. Szczęśliwie zawsze mogę zmienić zdanie.

Poniedziałek

Ta podróż – po dwóch tygodniach dosyć ciężkiej chemii – to ponowne odnajdywanie swojej godności, podmiotowości po szpitalnych zmaganiach. Rodzaj prysznica, po którym znów mogę poczuć się po prostu sobą. Pytanie „gdzie napić się dziś wina?” niewątpliwie pomaga.

Słońce otula ciało, ciało staje się znów moje, z każdym centymetrem wyłania się, skupiam się na cieple na skórze. Czuję jak się pojawiam, jak staję się obecna. 26 stopni. Morze. Słońce. Kolejny raz z całą pewnością mogę powiedzieć: jestem, a zaraz potem mogę dodać: jestem szczęśliwa.

Nie odzywam się do nikogo. Nie gadam. Czasem coś zamawiam. Dwa zdania, nawet nie w moim własnym języku. Głosy ludzi wokół są jak szum wodospadu, o którym się zapomina. Gapię się. Na każdy szczegół: gigantyczny kaktus, różowy kwiat, poplątane kable, ruiny bizantyjskiego muru, śpiący pies, weneckie kamienice, wystająca kostka bruku. Gapię się na części i na całość, wychwytuję kompozycje, kształty, podążam za kreteńskim chaosem.

Gapię się też na ludzi. Mocno zbudowani młodzi mężczyźni, brodaci, ciemnowłosi, wytatuowani na przedramionach i łydkach. I te oczy, ciemne, z jakimś smutkiem. Bestie o łagodnym spojrzeniu. Na starość zostaną im tylko siwe wąsy i przekładane w dłoni komboloi. Kobiety długo i gładkowłose, z doskonale wyprofilowanymi brwiami. Na starość znikną z ulic. Nie widać tu kobiecej, greckiej starości. Są tylko mężczyźni.

Teraz radośni, głośni, ale nie hałaśliwi. Tajemniczy, nie sposób o nich nie myśleć jak o spadkobiercach jednej z najwspanialszych kultur w historii ludzkości. To czyni ich pociągającymi. Szukam znaku, szukam ich dziedzictwa w byle geście, słowie, którego i tak nie zrozumiem. Patrzę w te oczy z nadzieją, że powiedzą mi coś czego nie wiem.

Wczesny wieczór w barze Mamouth, moim ulubionym. Białe wino, książka i podglądanie rzeczywistości. Siedziałam tu z Moniką i Marią niemalże rok temu. I z pewnością nie zakładałam, że będę tu siedzieć za rok. Nic nie zakładałam.

31662259_10214205495484502_6117297030357319680_n

Czy będę tu siedzieć za rok? I co wtedy mogłabym powiedzieć sobie z przeszłości? Co mogę powiedzieć sobie sprzed roku? Pamiętam tylko głód wszystkiego, bałam się mniej niż dzisiaj. Być może to ona, sprzed roku, mogłaby mnie dziś czegoś nauczyć.

Wtorek

Kalimera. Zamiast chemii śniadanie w parku, gdzie zieleń wchłania, koi, prowadzi do zapomnianego domu. Bujność mnie kołysze. Białe pawie odtańcowują swoje gody, a ja czuję brutalność tej miłości. Mam wrażenie, że to zaloty bardzo w polskim stylu.

31475615_10214205495964514_8082627013640192000_n

Próbuję dociec dlaczego nie pragnę towarzystwa. Miłość jest lekiem na całe zło, czemu nie chcę jej zażyć? Przy Marcu mogę przecież być wolna, pozwala mi prawie na wszystko. Rozumie moje: „Ja teraz robię to, ty też rób to, na co masz ochotę. Do zobaczenia za parę godzin”. Rzadko go pytam o zdanie, po prostu robię to, co chcę. Paskudna cecha. A jednak nawet wtedy czuję, że gdzieś jest, że czeka. Nie chcę by ktokolwiek na mnie czekał.

Ból towarzyszy mi już na każdym kroku. Znośny, ale nie dający o sobie zapomnieć. Mogę powoli chodzić, nie mogę stać – czekanie na światłach czy w kolejce to duże wyzwanie. Może będę mówić, że jestem w ciąży, żeby ktoś mnie przepuścił? Chciałabym któregoś dnia pójść na najładniejszą – jak mówi Nikos, właściciel miejsca, w którym śpię – plażę w Chani. Pięć kilometrów. Zabawne, że jeszcze w Hiszpanii myślałam o powrocie do biegania, a teraz chodzenie staje się trudnością. A więc siedzę. Na słońcu. Jest mi gorąco, ale nie chcę się przenieść do cienia. Nie przyjechałam tu po cienie.

Przyjechałam z pierwszymi objawami choroby, których wyczekiwałam przecież od dawna. Wyczekiwane wreszcie przyszły. Zmiotły mnie. A więc to tak. I tyle. Nie jestem w stanie posunąć się dalej w rozważaniach. Blokada. Wiem, że przejdzie. To tylko spokojna panika. Przejdzie. Dlaczego nie krzyczę? Zamarłam bez ruchu. Zaczęło się? Przecież wiem, że gra w chemię nie może trwać wiecznie. Ontolożka na urlopie, internista odsyłał mnie do szpitala. Bardzo dziękuję, ale wolę greckie wino.

Jestem o krok dalej w moim chorowaniu. A więc to tak. Granica się przesuwa, a ja chcę ją zaakceptować. Ile takich granic przejdę i przyjmę? Muszę się ćwiczyć w nieakceptacji wyobrażonego, by nie zbrakło mi siły na koniec. Wymarzony.

Kieliszek wina przyjemnie mąci myśli. Rozleniwia. Wszystko cichnie. Wiem, że niebawem poczuję się zmęczona samą sobą. Chciałabym siebie zaskoczyć. Tymczasem pozwalam mijać godzinom, otrzepując się jak pies ze wszystkich konieczności.

Zachód słońca w mojej ulubionej restauracji. Stoliki na wysuniętym w morze falochronie. Od fal, poniżej, dzielą mnie dwa metry. Nikogo przede mną, wszyscy za mną. Słońce prosto w twarz, nie chowam się. Wystawiam. Niech wypala. Grillowany miecznik, oliwki, pomidory, feta, wino.

31563981_10214205495844511_3023499565832601600_n

Morze ma dziś wyjątkowo regularny rytm. Pomyślałabym coś, ale już mi się nie chce. Gapi się na mnie mewa i rudy, dziki kot, ale jednym okiem, drugie gdzieś stracił w życiowych zawieruchach. Podano buteleczkę raki do rachunku. Tak, zdecydowanie pomyślę coś dopiero jutro. Jamas Aneta!

31475399_10214205497724558_5940075508514422784_n

Środa

Obecność. Moja. Rozpływam się w otoczeniu. O moim istnieniu przypomina mi spojrzenia bezpańskiego psa. Obcy ludzie nie mają tej mocy. Liczę, że z tego rozmycia zacznę się dla siebie samej wyłaniać coraz bardziej. Że coś zrozumiem. Kiedyś chciałam być wszystkim, teraz chcę się redukować. A może samo się redukuje? Jest mnie mniej w każdym razie, nawet moje ciało zaczęło się kulić, muszę pilnować się bardziej niż kiedyś, by się nie garbić, by mieć postawę otwartą i pewną wobec świata. Jestem przestraszona, chowam się, boję się pragnąć. Pragnienia zakładają ich realizację, w czasie, a ja boję się czasu. Chcę się z tego wyzwolić, ale jest coraz trudniej.

To co działało, już nie działa. Minione strategie przestały się sprawdzać. Nie wiem co robić. Nie wierzę tym razem w przełom, a wiem, że ponownie muszę się przepotwarzyć. Tylko w kogo?

Chciałabym też siebie jeszcze użyć. Wykorzystać swoje możliwości, nie rezygnować. Wyciszanie ambicji jest trudniejsze niż myślałam. One się budzą czasem w najmniej spodziewanym momencie, dopadają mnie, ujadają jak psy wokół kostek. Podszczypują, a ja tylko bezradnie rozkładam ręce, bo wiem, że już za parę dni wysiłkiem będzie choćby jedno zdanie w dzienniku.

31670604_10214205496364524_2061497423481536512_n

Teraz tylko wpatruję się w słoneczne morze, w lazury, błękity i blaski, w piaskowe klify dalej, poszarpane skały bliżej, w ujarzmione przez domy, wypalone słońcem wzgórza, w przesłonięte mgiełką słonego powietrza majaczące w oddali góry – i nie chcę niczego więcej. Ale Ziemia nie śpi i niebawem obróci ten doskonały nastrój w chłód wieczoru, a wtedy wszystko co mnie ma dopaść, wyjdzie z mroku.

Tymczasem niebo wciąż jest otwarte, a ja staram się z niego wyczytać jakąś radę. Słońce odcina mnie od bólu, od zmęczenia, od tego całego wysiłku, który czeka mnie już niebawem w Polsce. Jestem sama w barze, sezon dopiero ruszy w maju. Kilka osób na maleńkiej plaży, dwie głowy suną po powierzchni wody. Słychać tylko fale i mewy. Morze jeszcze jest samo ze sobą, niezależne, jeszcze nie atakuje go tłum pokryty tłustym kremem. Oddycha, a ja wraz z nim.

Wiatr lekko porusza moją koszulę, ale nie na tyle by zagrozić słomkowemu kapeluszowi. Chłodzi rozgrzane ciało i wpuszcza do głowy myśl o żarłoczności. Pragnienie rodzi się z lekkiego chłodu. Jeszcze raz rzucić się na życie, wbić zęby, ubabrać się cała, oślinić, wytarzać się w życiu po zwierzęcemu, bez hamulców. Jak dotrzeć do tej bestii? Jak znów radośnie się pobrudzić?

Dotychczas moja wola życia hamowana była głównie przez ludzi, co hamuje mnie teraz? Szpital. Zahukał mnie szpital. Jestem na smyczy chemii, diagnoz, lęku i bólu. I ten szpital szarpie mnie z impetem, gdy tylko chcę powąchać przydrożne drzewo. Nie wolno! Życie w dwóch rzeczywistościach – chemii i czasu bez niej – doprowadzało mnie do szaleństwa. Czyżby więc jedna z nich zwyciężyła? To odbiera apetyt, to prowadzi wręcz do życiowego jadłowstrętu.

Czwartek

Czy za bardzo zajmuję się tutaj sobą? Ależ tu nie ma nikogo innego! Poza tym jest zwykły, banalny ból, który jak pineska przyszpila do „ja”.

Słońce spiekło mi lewą dłoń, lewe ramię, lewe przedramię i lewe kolano – chcąc być tu twarzą do morza, jest się wystawionym na słońce zawsze z lewej strony. A ja siedzę godzinami, czytam, piszę, piję kawę, wino, kawę, i jeszcze wino.

31495328_10214205496444526_2806896329211510784_n

I nawet jacyś młodzi mężczyźni – mijający mnie najwyraźniej parę godzin wcześniej – zaczepiają: Hej, are you still here?! Bo młodość nie znosi bezruchu. Ale ja jestem już poza młodością, poza starością, jestem chora.

Fale jak zegary odmierzają mi tu czas. Czas do końca, gdy przestanę już je słyszeć. Ta wyspa jest doskonała, by myśleć o własnej śmierci, przemijanie jest wpisane w tę ziemię.

Pięć dni samotności i wreszcie czuję jak rosnę, jak ujawniam się sama sobie. Krew wraca do żył, a rumieńce na policzki. Przypominam sobie siebie. To działa, zaczynam czuć swoją siłę ponownie, a płynie ona – jak zawsze – z mojej odrębności. Gdy nabieram dla siebie kształtów, oddzielam się od świata, od ludzi, uznaję siebie, swoją suwerenność. I wreszcie przestaje mi być żal samej siebie. Pojawia się jedynie lekkie wzruszenie i czułość.

Piątek

Niewiele trzeba, by wypracować tu swoje ścieżki. Bez przewodnika. Wiem gdzie zjeść najlepszego okonia, gdzie podają najlepsze oliwki, gdzie wygrzać się w słońcu do godz. 16, a gdzie po godz. 16, która ławka jest najlepsza do popołudniowego czytania, bo wiatr zmienia kierunek, która plaża jest cicha, a która głośna, gdzie patrzą na mnie wilkiem, a gdzie mnie przyjemnie ignorują.

Z wahaniem i obawami wyruszam wreszcie w kierunku oddalonej o pięć kilometrów plaży Chrissi Akti. Mapa w telefonie pokazuje mi nieco ponad godzinę spaceru. Wygląda bezpiecznie. Idę etapami, powtarzając sobie, że zawsze mogę zawrócić. Gdy tylko pojawia się silniejszy ból, robię przerwy. Spacer cieszy, oczyszcza, po prostu idę wzdłuż morza lub po prostu leżę na rozgrzanym piasku, niekiedy wzmacniam się chłodnym winem.

31501789_10214205499004590_7984875086991589376_n

I wreszcie jestem w miejscu, gdzie piasek rzeczywiście jest bardziej przyjazny, a woda w morzu ciepła i przezroczysta. Na tyle, by się w niej zanurzyć, a potem by brodzić w niej aż do późnego popołudnia, gdy już właściwie mogę założyć z pewnością, że uda mi się wrócić. Czuję się dobrze.

31501325_10214205498124568_5017464654423654400_n

Co jakiś czas przychodzą mi do głowy słowa: To ja. Żyję. Tu. I robi się gęsto. Rzeczywistość wokół nabrzmiewa, świat się dzieje, szumi i grzechocze. A potem samo się dodaje w rozgrzanej głowie: Jak się znów zerwać z łańcucha, zbuntować, nawet wściekle? Jak nie tylko powąchać to drzewo, ale je polizać?

Kalispera. Ciepły wieczór po upalnym dniu i szczęśliwym powrocie do miasta. Siedzę przy małym piwie i spisuję do komputera zapiski z notesu. Pojawia się dysonans – najpierw powinnam żyć, a potem o tym pisać! Piątek rządzi się swoimi prawami. Uruchamiam Tindera. Chcę się pojawić w czyimś spojrzeniu.

Sobota

Na kacu, za mgłą, z chłodnym porankiem, słońce kłuje w oczy. Taniec do 5 rano, poznałam imprezową twarz Chani. A więc mogę! Wszystko dzięki Rakomelo – raki z miodem, podawanej na gorąco. Rzeczywiście ma moc uzdrawiającą.

Śniadanie z nowopoznanym G. Bougatsa, czyli podawane na gorąco ciasto filo wypełnione kozim serem, posypane cukrem. G. zapewnia, że Bougatsa dostępna jest tylko w Chani. Przepyszne i sycące.

Potem drzemka, espresso popite na wzmocnienie raki i wreszcie morze. Dziś wzburzone, wdziera się do miasta, zalewa chodniki i stopy rozbawionych turystów. Idę tam, gdzie im się już nie chce iść, gdzie mogę być z morzem sama. Jest doskonałe: potężne i szalone. Nie znoszę pożegnań.

3 uwagi do wpisu “Przyjemność: Kreta

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s