Przyjemność: Hiszpania

Wtorek

Zamiast chemii Andaluzja. Malaga. Miasto pełne dźwięków, wręcz hałaśliwe. Kontrasty, które niepokoją, które pociągają. Zaniedbane na jednym skwerze, bujne za kolejnym rogiem. O tej porze roku pachnące kwiatami pomarańczy i spalinami motocykli. Wielkie, przytłaczające budynki hoteli, Picasso sprzedawany jak Dracula w Transylwanii, restauracje woniejące olejem z krewetek w sosie pil pil, urocze wąskie uliczki, wysokie białe okiennice, za którymi spodziewamy się pałacowych wnętrz. A potem miejska plaża, która uwodzi nocą, mieszając głębię koloru morza ze światłami pijanego miasta. Wino smakuje tu lepiej niż gdzie indziej, podobnie papierosy. Wszystko wydaje się na miejscu, mimo, że na nim nie jest. Stare miasto, choć niewielkie, łatwo gubi turystów, którzy z radosną przyjemnością robią kolejne błędne kółka. Jest po godzinie 23, jesteśmy głodni i zmęczeni czterogodzinnym lotem z Polski. Śliskie posadzki ulic starego miasta prowadzą nas do najbliższej otwartej knajpki, gdzie jedyne co możemy dostać, to marynowane ziemniaki, warzywne pisto i Pimientos de Padrón, czyli pyszne smażone papryczki oprószone grubą, morską solą.

Środa

Zamiast chemii Marbella. Miasto z plażami pokrytymi piaskiem przywiezionym statkami z Afryki. Przyjeżdżam tu od trzech lat żeby się zapomnieć, żeby się odprężyć w chorobie, żeby uznać odpoczynek, żeby dać sobie prawo do zwolnienia z wielu rzeczy. Przyjemny stan pustki i swobody.

Marbella to miasto światła odbitego od tafli morza i marmuru. Tu podziały na czas chemii i nie-chemii znikają, słońce je wypala jak kolor z trawy. Ale to jeszcze nie lato, to zaledwie marzec, gdzie sztormowa pogoda wciąż może przesłonić wszelkie nadzieje. Deszcz wita nas już pierwszego dnia. Morze i niebo mają wszystkie odcienie szarości, ale tak inne od tych, które znam z praskiego balkonu. Tu szarość ma bogatszą paletę. Deszcz trawi wszystkie inne barwy, zachowuje jednak coś w sobie z każdej z nich. Do deszczu najlepiej smakuje białe wino. Do słońca zresztą też.

marbella41-e1522000616571.jpg

Czwartek

Z Marbelli, gdy pogoda jest dobra a powietrze przejrzyste, widać Gibraltar i Maroko, co licząc z hiszpańską plażą, na której stoję, oznacza trzy kraje i dwa kontynenty. Świat łączy się tu w wyjątkową całość, to daje niezwykłe poczucie przestrzeni, połączenia. Można mieć wrażenie, że tak było zawsze. Pozorna niezmienność kontynentów uspokaja.

Marbella to także miasto pogodnych emerytów, gdzie można się skupić na sobie samej. Męskie ciała tu nie rozpraszają, to nie plaże w Tel Awiwie, Tinder tu śpi. Rozmowy kręcą się wokół pogody, jedzenia i drobnych dolegliwości. Podczas kilkugodzinnych spacerów wzdłuż plaży wzrok nawet na chwilę nie jest kuszony czymś innym niż morze. Odprężenie, gdy leżę na rozgrzanym słońcem piaskiem i obserwuję sunące po niebie chmury. A potem morze, które zawsze jest w kolorystycznej harmonii z niebem.

Piątek

Wstaję z lekkim kacem, ale zza chmur wyszło słońce, więc nie ma czasu do stracenia. Woda, dużo wody, lekkie śniadanie i zakładam dawno nieużywane buty. Powrót do biegania nie jest prosty. Nie wiem też czy mogę to nazwać powrotem. Deprymująca niemoc w płucach i mięśniach. Coś, co kiedyś było oczywiste, dziś jest wyzwaniem. Przywołuję w myślach doświadczenia ze startów w zawodach, kiedy umiałam przejąć kontrolę nad własnym ciałem, zmusić nogi do kolejnych kroków, jeszcze większego wysiłku. Dałam radę wtedy, dam i teraz, mimo że minęło zaledwie 20 minut od powolnego początku tego wyścigu ze zmęczeniem. Noga za nogą, skupiam się na oddechu, który boleśnie penetruje przepalone papierosami płuca. Ciało pamięta właściwy ruch, chce się rozpędzić, ale nie może. Pamięta też radość, mózg wkrótce zacznie produkować całe laboratorium przyjemności. Uśmiechnęłabym się, gdyby nie to, że obawiam się stracić na to zbyt wiele energii.

Screen Shot 2018-03-25 at 18.48.26

Sobota

Znów jestem w miejscu, gdzie do wina podają najlepsze oliwki w Marbelli. Sama. Wino, oliwki i morze. Niewielu klientów zaufało tak jak ja pogodzie, jest cicho, a od linii wody dzieli mnie zaledwie kilka metrów, fale niemalże liżą moją stopy. Namiastka szczęścia, a może samo szczęście?

29665906_10213911940825819_1880692641_n

Niebo nadal jest pochmurne, ale już nie pada. Zapach soli w powietrzu i stalowy odcień wody przypominają mi północne morza, które w mojej biografii wiążą się z pierwszymi zagranicznymi pracami zarobkowymi, wygnaniem ze studenckiego raju, pytaniami o to, jak chcę dalej ułożyć swoje życie. Z pierwszą niezależnością i uzbrajającą w siłę samotnością. Na chwilę skały Gibraltaru znowu są widoczne, a wraz z nimi nadzieja na wypalające złe myśli słońce.

Wciąż nie wiem czego chcę, tak łatwo o zgubienie. A przy tym mam wrażenie, że chcę tak niewiele, stąd frustracja, gdy nie mogę mieć nawet „tego”. Czuję wielki głód, chcę go nazwać i gdy już prawie mi się to udaje, to uczucie mi umyka, przesuwając jednocześnie granicę pragnienia. Pełne, totalne chwile szczęścia istnieją, ale niekiedy chodzi o zwykłe, długotrwałe i pogodne zadowolenie. Średnie temperatury, pastele zamiast czerwieni. Tylko, czemu od razu zaczynam szukać czegoś mocniejszego?

Morze. To za nim pędzę od ponad dwóch lat, od chwili diagnozy. Wciąż nie wiem dlaczego, co tak mnie do niego ciągnie. Jest w jakiś sposób celem, czuję się u jego brzegu na właściwym miejscu, nie potrzebuje niczego więcej. Jestem nareszcie spokojna. Morze oczyszcza. Mogę wpatrywać się w jego tafle godzinami, dniami, tygodniami, czuję jak się w tym rozpływam. To syci i powoduje nienasycenie.

Nie ma jednego punku, szczegółu, który przykułby spojrzenie. Wszystko poza nim przestaje być ważne, przestaje istnieć. Nic tak mnie nie pochłania. Uniezależnia od reszty świata, uniezależnia ode mnie samej. I to, że będzie, nawet gdy mnie już nie będzie. Że czas się go nie ima.

Jedyne co można, to patrzeć na morze i milczeć. Nie ma o czym mówić. I ja chcę mówić mniej. Ciszej. Przestać gadać. Rozpuszczać się w słowach.

Wszystko w nim ginie, nie ma kształtu, jednoznaczności, nie widać granic poza tym oto brzegiem, gdzie jestem ja. Jest ruchem, przezwyciężeniem formy. Pozwala zerwać wszelkie inne więzy ze światem, jednocześnie zniewalając. Uczy jak być czymś więcej i jak być czymś mniej. We właściwych proporcjach.

Niedziela

Zamknięci przez sztorm w mieszkaniu, deszcz wściekle bije o szyby, za oknem miga tylko niemrawe światło latarni morskiej. Każde z nas w osobnym pokoju, na oddzielnej kanapie, pod swoim kocem, ze swoją książką. A jednak czuję ich obecność.

Jak znaleźć w sobie na co dzień niezależność od reszty świata, od ludzi? Bez jednoczesnej utraty pragnienia świata i ludzi? Jak być odrębnym i razem w tym samym czasie? Bez nieustannej walki i zmagania się z tym? Jak kochać i nie potrzebować? Tęsknić, ale nie musieć zobaczyć? To moja odwieczna bolączka – jednoczesne pragnienie ludzi i pragnienie samotności. Morze zagłusza ludzkie głosy, można być z ludźmi i bez ludzi zarazem.

Poniedziałek

Morze oddala od ziemi. Od wszystkich ziemskich historii, od własnej biografii. Tak bardzo, że niekiedy zaczynam łaknąć ziemi. Potrzebuję historii. Nie czuję już swojej własnej, stałam się dla siebie istotą ahistoryczną. Potrzebuję historii, którą da się znieść.

Marbella to dla mnie przede wszystkim historia dwóch niezwykłych kobiet, moich przyjaciółek. Obie miały życie pełne przygód i wyzwań, niekiedy pełne kawioru i szampana, innym razem tak trudne, że chciały się poddać. Obie wybrały Marbellę, żeby wreszcie odpocząć. Tu się poznały. Jedna pochodzi z Niemiec, druga z Norwegii. Jedna mieszka na małym jachcie, którym swojego czasu ruszyła w podróż dookoła świata; druga mieszka na ósmym piętrze bloku z widokiem na ten jacht. Obie mają już ponad 70 lat, kochają swoje życie i z obiema – jak z nikim innym – mogę swobodnie rozmawiać o śmierci, wymieniając się przepisami na skrócenie życia. Ja jestem w ich wieku, a one w moim. Podziały znikają.

Wtorek

Zamiast chemii Malaga. Jeden z ostatnich wieczorów przed powrotem do Polski. Siedzę w małej restauracji, obserwując ludzi na ulicy. Podczas podróży dużo łatwiej wyobrazić sobie różne wersje samej siebie, własnego życia, wiele dróg, którymi już nie pójdę, którymi pójść mogłam. Ludzie z całego świata, to opcje i style życia z całego świata. Pragnę ich wszystkich. To rodzi wątpliwości, ale również mobilizuje, by uczynić własne wybory wyraźniejszymi. By zazdrościć sobie samej życia – gdybym miała szansę spojrzeć na siebie z boku oczami zagranicznej turystki. Powrót z tą myślą staje się nawet ekscytujący. Mimo, że kolejny wtorek rozpocznę na szpitalnym korytarzu.

Screen Shot 2018-03-25 at 18.58.29

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s