Prze-trwanie

Ile to już trwa? Na tyle długo, by stało się dla innych tylko jednym z wielu zdarzeń. Ot, ma chemię, zadzwonię później.

Trwanie. W słowie „trwanie” jest coś zbyt stabilnego, zbyt kamiennego, zbyt nieruchomego. To nie to słowo, którego potrzebuję.

W miniony wtorek znowu zniknęłam, byłam przez parę dni obolałym, pochemicznym mięchem. Dziś wróciłam. Czuję się lepiej. Było jednak gorzej niż zwykle. Teraz jeszcze niedziela, poniedziałek, wtorek i znowu chemia. Względną normalnością nacieszę się przez trzy dni, odliczam godziny, czując właściwie tylko frustrację tym krótkim momentem świadomości.

Jak żyć w międzyczasie? Kupiłam kwiaty doniczkowe i uczę się pamiętać o ich podlewaniu. Wciąż żyją, a mi coraz bardziej zależy na ich życiu. Kupiłam też długie, srebrne kolczyki, żeby móc ozdobić moją prawie łysą głowę. Żeby uczynić jakieś święto na niej. Inna rzecz, że kolczyki załatwiają efekt „wystrojenia”, gdy nie mam ochoty stroić się naprawdę. Chciałabym też kupić nową sukienkę, ale nie mam kiedy, to kilka godzin szukania, kilka godzin, których jest mi bardzo szkoda na tak prozaiczną czynność.

Szarpnięcia, zerwania, nagłe chcenia. To nie jest trwanie. Projekty na kaprysy, mikro nadzieje (np. że będę miała siłę, by mieć powód, żeby założyć kolczyki), oczywiste, drobne pragnienia, nad którymi nie ma co się pochylać. A jednak mnie zaskakują. Raz, że to robię, dwa – kiedy wiem, że robiąc to, nie robię czegoś innego. Że znowu się zapominam.

W miniony wtorek doszłam do wniosku, że chemia i siarczyste mrozy pasują do siebie. Trzeba dziarsko iść na pociąg, nie ociągać się, nie zastanawiać, trzeba wytrwać, przetrwać. Kilka warstw odzieży, dwie czapki, dwie pary rękawiczek, buty, które poradziłyby sobie nawet na szlaku do Morskiego Oka po zmroku. Mróz oddziela od świata, osacza, budzi w nas zwierzę. Tak obudzona w swojej zwierzęcości warczałam w pociągu na swojego towarzysza. Nic mi nie pasowało. Nie marudziłam, ale milczałam lodowato, co jest dla niego trudniejsze do zniesienia niż ewentualne gorące żale. I to słońce. W mroźnej scenerii jakby postapokaliptyczne, wrogie, drażniące oczy. Nic mi nie pasowało. Jestem już bardzo zmęczona tymi podróżami, mam już dosyć. Chemia zaczyna dominować nad moim życiem. Czas na przerwę, tylko że tym razem boję się jej bardziej niż zwykle. Boję się, że wyzwolę lawinę i runę razem z nią. Nie znoszę zimy, czuję nieustanne zagrożenie, dyskomfort, zimno jest jednym z moich głównych wrogów. I czuję, że znowu się zapomniałam. Że jeszcze może być pięknie.

Albo dni i noce, które przemknęły niezauważalnie, siłą rozpędu. Zbyt pracowicie lub zbyt miałko. Niczego, co warto byłoby zapisać w dzienniku. O tym, że czas upłynął wnioskuję po tym, że znowu muszę kupić tytoń. I jestem wtedy kimś mniej niż mogłabym być. Gubię się, odpuszczam, zaczynam wierzyć w to, że „inaczej nie będzie”. Zniechęcona lub po prostu ukołysana do snu starym i już nieaktualnym poczuciem, że przecież robię rzeczy pożyteczne dla własnego przetrwania. A potem znów przychodzi zimny prysznic, policzek od samej siebie, gdy muszą podjąć decyzję o kolejnej chemii. Czy życie jest tego warte? Dlaczego? Przecież prawie nie pamiętam ostatniego tygodnia! Gdy się zapominam, przestaje być warto.

Samo nie będzie wspaniale ani pięknie. Tylko ja mogę coś z tym zrobić. Tylko ja dla siebie samej umieram, tylko ja mogę uznać siebie w chorobie. Tak często krzyczę na siebie w dzienniku, że nie mogę się bać, że nie mogę być tchórzem w kwestii najważniejszej – jakości życia. Jestem to sobie winna. Ale tę jakość życia buduje się wśród ludzi, w świecie, który nie czeka, aż dołączę i nadążę. Już nie nadążę, już zawsze będę na innej pozycji. A oczekiwanie bym nadążyła, była jak inni, żyła jak inni, chorowała jak inni, tylko mnie rozpraszają, potęgują osamotnienie, hamują i tłamszą. Zastygam, nie wiedząc co robić, aż zaczynam wierzyć, że nic już się nie da zrobić. Wszyscy wokół przyzwyczaili się do tego, do czego ja przyzwyczaić się nie mogę. Sytuacja została nazwana, jedziemy dalej. Nic z tego, beze mnie. Chemia i perspektywa śmiertelnej choroby, to „wieczny powrót tego samego”, nieustanne odtwarzanie, w koło, raz jeszcze i tak samo boleśnie na nowo. To nie cichnie, do tego nie można się przyzwyczaić. Dlaczego więc nie ma na to przestrzeni, dlaczego muszą o nią nieustannie walczyć? Przede wszystkim w sobie samej.

Jeśli więc nie widzę warunków do życia dla siebie w tym co jest, muszę stworzyć nowe, własne warunki. Skrojone na szarpnięcia, na urwania, sprzeczności, na znikanie, powroty i pewność końca. Potrzebuję strategii, dzięki której mogłabym widzieć konkret i ogół, to co jest teraz i większą całość.

Praktycznie. Działam na papierze. Zapisuję plany i konieczności na dwa tygodnie. Myślę o tym raz i basta. Rozpisuję i działam według nich. Wiem co jest do zrobienia, nie wracam do tego. A dzięki temu mogę się skupić na tym co jest teraz, na tym, by nie panikować, nie zgubić się w jutrze już dzisiaj. Jest też plan szerszy, wręcz bluźnierczy wobec rakowej statystyki. To kartki na ścianie, kalendarz z miesiącami. A na nich zapisane, to co się wydarzyło – wszystko co dobre, wspaniałe i piękne. Jeden rzut oka i wiem, że było dobrze. Jeden rzut oka i wiem, że straciłam czas – są kartki puste lub z wielkim znakiem zapytania. Wyrzut sumienia wobec samej siebie. Jest też jeszcze wiele kartek do zapisania w najbliższych miesiącach. I wreszcie jest ostatnia kartka – mały zakład z samą sobą.

To mnie prostuje i mobilizuje. Ustawia właściwą perspektywę. I to wszystko może świadczyć o obsesji na temat czasu, ale dla mnie to tylko zarządzanie tym co zostało w sposób najlepszy jak umiem. Bez zapominania się.

_MG_0540a
(fot. Karolina Sekuła)

2 uwagi do wpisu “Prze-trwanie

  1. Aneta..ja chciałabym napisać coś, nie wiem… cokolwiek dać znać, że czytałam, że czuje się po tym jakby mi ktoś przypierdolił z taką siłą, że nie wiem czy jeszcze jestem. Czytam i jestem ściśnieta w środku.Ja nie wiem co ja bym Ci chciała napisać,bo wszystko jest bezsensu. Słowa o tym że to niesprawiedliwe- banał, żeby stał się cud-banał.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s