Cisza

Siedzą na krzesłach w ciszy, z własnymi myślami, pogrążeni w strachu przed tym, co zaraz usłyszą i w lęku przed tym, czego nikt im nigdy nie powie. Poddani, pokorni, przepełnieni narzuconą sobie cierpliwością. Anielską wprost. Nad nimi pracowicie fruwają pomocnicy – elegancka, wygarsonkowana córka, która musiała wziąć wolne, ale telefon i tak nie daje jej spokoju / wnuczka w modnie rozciągniętym swetrze, która musi udawać silną, ale i ją szpitalne ściany przyprawiają o dreszcze / obok nieznosząca sprzeciwu żona, która wydaje tylko troskliwe komendy, a mąż już dawno poddał się tak w życiu, jak i na tym korytarzu / syn w skórzanej kurtce, który chciałby coś powiedzieć, ale potrafi tylko zapytać swojego bladego ojca, czy przynieść mu wodę. A i to za cicho. A potem obaj zaciskają zęby i mówią coś, żeby nie powiedzieć czegoś innego. Wszyscy błądzą w dokumentach, skierowaniach, szukają właściwych drzwi i właściwiej kolejki. Każdy chce uciec, wyjść jak najszybciej, ale tutaj można się już tylko zgubić. Unieruchomieni w systemie, który ich powoli trawi i przesuwa, by wreszcie skierować dalej lub rozłożyć ręce w geście bezradności, wyrzucić z siebie, odesłać do domu. Z ponownym zaproszeniem lub już bez zaproszenia.

Szpitalny świat przydusza, nikt nie oddycha tu pełną piersią, jest się tu trochę mniej niż zazwyczaj. Pod każdym względem, także fizycznie. Gdyby zmierzyć ludzi czekających w kolejkach dzień wcześniej, w ich sennych salonach z obrazem jelenia na rykowisku, i porównać to z długością ich ciał na szpitalnym korytarzu, jestem pewna, że dysproporcja byłaby zadziwiająca. Tu są skurczeni, zwijają się w sobie, są mniejsi. Z początku myślałam, że może to z grzeczności czy uległości przed władczym, dającym i odbierającym życie systemem (wciąż zdarza się niektórym dygać i kłaniać w pas na widok lekarza). Jednak to nie system, lecz sytuacja ich skraca.

Powietrze pachnie płynem dezynfekującym, kurtkami i płaszczami, które zdążyły zebrać wonie całej porannej historii ich właścicieli, mydłem ze świeżo umytych rąk, stołówką piętro niżej, perfumami z dolnej i górnej półki, wszak mieszają się tu ze sobą wszystkie klasy. To są zapowiedzi zapachów, które po chemii rzucą się na człowieka – zmysł powonienia jest wówczas wyostrzony, a co z przykrością muszę stwierdzić – świat nie pachnie zbyt ślicznie. Czuć także smutek oddzielenia od życia, przykrość inności i zwyczajną, ale przytłaczającą swym ogromem, stratę czasu. W tym szpitalnym, kolejkowym, a potem chemicznym czasie nie ma nic do ocalenia. Jest czysta i niepowetowana strata. A jednak jest ona częścią życia, jak samo chorowanie. Jest i nic z tym nie da się zrobić.

Szpital to mikroświat, wyspa, istnieje tylko to, tu i teraz. Reszta zastyga w bezruchu, by wreszcie zniknąć. Znikają wszyscy ludzie, którzy nie są w zasięgu wzroku. Podobnie sprawy ważne jeszcze wczoraj, dziś przestają istnieć, a jutro będą co najwyżej pochemicznym majakiem, powracającym w przerywanym, płytkim śnie. A jednak gdy siedzi się na tym twardym krześle, pojawia się jakieś poczucie wspólnoty. Tu już nie trzeba tak bardzo uważać, twarz może się odprężyć i być po prostu nijaka, można wreszcie odpocząć od napięć bycia „dzielnym”, od maski, która jak żadna inna, utrudnia oddychanie. Można wreszcie swobodnie pobyć sobie smutnym, zrozpaczonym, obojętnym lub wściekłym. Zwłaszcza gdy opiekunka czy opiekun zniknie w łazience, w innej kolejce czy po wodę, gdy czujne oczy skupią się na tak potrzebnym im działaniu. Przed innymi chorymi nie trzeba udawać, oni są z tego samego świata. Kosmici, rozumiejący się tylko w swoim tajemnym języku gestów i zastygłych twarzy.

W kolejce, jeśli się nie czyta, a często się nie czyta, bo trudno o skupienie, można się gapić na szczegóły krajobrazu. Niewyszukane. Jak podczas mszy w dzieciństwie, gdy z nudów liczyło się płytki na kościelnej podłodze. Tu kremowe linoleum, nie ma czego liczyć, więc wzrok przykuwają buty innych pasażerów tego statku. Mam w głowie całe kolekcje tych butów: czarne, medyczne, bez istotnego kształtu, brzydkie, zbyt ciężkie, zrobione na pokaźnym kopycie mieszczącym spuchnięcia i potknięcia. Pantofelki i szpilki, eleganckie, ale bez przepychu, zbytnie wyszukanie w tych warunkach byłoby nietaktem. Choć z drugiej strony to niedopasowanie elegancji do linoleum, choć nieco kłuje, jest też powiewem jakiejś nadziei, że jednak inny świat istnieje i wciąż wymusza absurdalną, zbędną, czysto estetyczną postawę „na obcasach”. Śmiech na sali w tych warunkach, a jednak działa. Cała gama butów sportowych, których styl również zadziwia, jaskrawe kolory wprost z bieżni lub boiska, wysłużone siateczki, kolory, które nawet z kilometra zauważy tirowiec na pustej drodze po zmroku. I męskie buty, które zawsze mnie nieco rozczulały. Widzę w nich nieśmiałość męskiego świata, tę dziwną, męską nieporadność, niezgrabność i zakłopotanie. Zwłaszcza tu, w szpitalu, gdzie mężczyzn jest mniej, gdzie odbiera się im jakąkolwiek sprawczość, gdzie nie ma nadziei na ich jakąkolwiek dominację. Ich buty na linoleum mogą się tylko dostosować.

I to jak te wszystkie buty tańczą, jak są nieruchome, jak się bujają, jak czubki skierowane są do wewnątrz albo oparte jeden o drugi, jak są zamarłe w bezruchu (zbyt długo), jak drepczą w miejscu lub na przestrzeni pół metra. Jak stukają o podłogę, są bezszelestne lub przyciężko szurają. Ubłocone lub lśniące, zdarte czubki i obcasy, całe biografie wypisane na cholewkach i podeszwach. Wróżba, którą spuszczony wzrok na chwilę weryfikuje po twarzy i reszcie odzienia. Z nudów, z nerwowych nudów. Jeśli nie buty, to dłonie, ale wysokość spojrzenia jest już ryzykowna, może ingerować w czyjąś strefę komfortu. A tu dla odmiany palce, ślepe palce, niespokojne, zaciśnięte na papierowych teczkach, teczkach, które powoli wchłaniają pot z tych palców. Palce niezatrudnione, bierne, nieprzydatne do niczego więcej jak do trzymania teczki z dokumentami, choć ta spokojnie może leżeć na kolanach. Mało kto używa tych palców do obsługi telefonu, to nie to pokolenie, ich palce mają inny rytm niż młode palce obserwowane chociażby w metrze. Tam to najruchliwsza części ciała, tu lekko wilgotne, zupełnie bezużyteczne palce ze szpitalnej kolejki.

W międzyczasie przerwa na papierosa. Na chłodzie, na tyłach szpitala, na murowanym schodku, gdzie towarzystwo jest zawsze najlepsze. Buntownicy. Wiatr szarpie ich kurtkami, szlafrokami i piżamami, podpięci do kroplówek, cewników i nikotyny, mają swój krótki czas rebelii. Zwłaszcza panowie szybko łapią ze sobą kontakt, stoją wokół popielniczki, jakby to było ognisko, przy którym można ogrzać się po długiej podróży. Żarty i żarciki, stare jak świat, raka trzeba karmić, głodny jest, hehehehe, zaciągnięcie papierosem i splunięcie gęstą, brązowawą śliną. Brakuje tylko piersiówki wyciąganej pośpiesznie zza pazuchy szlafroka. Przychodzi mi to na myśl zwłaszcza podczas mojego ostatniego papierosa tuż przed podłączeniem do kroplówek, kiedy sama do siebie mówię: do zobaczenia za parę dni. Muszę to kiedyś uświetnić „rozchodniakiem” na obie nóżki.

Z krzeseł twardych, prowadzących do punktów pobierania krwi, zastrzyków, do lekarzy i na kontrolę, przesiadamy się wreszcie po kilku godzinach na krzesła miękkie, już pod drzwiami do dziennej chemii, już krok przed ostatnią bramką. Kobiety w chustach i łysi mężczyźni czekają na swoje wezwanie. Ci bez chust czekają na swoich mężów, żony, matki i ojców. Rzadziej na synów lub córki. Z krzyżówkami, czasem z książką, niekiedy z tabletem. Od kilku tygodni mamy ogólnie dostępne wifi, ale nie widzę z tej okazji technologicznej rewolucji wśród użytkowników. To nie ten świat.

Staram się tu być jak najkrócej. Siedzący na miękkich krzesłach to już najwyższej próby selekcja, crème de la crème, wybrani. Znają się z cotygodniowych spotkań, czasem nawet od lat. I czują się swobodnie, atmosfera piknikowa, są u siebie. Tematy bebechowate, krwiste, pełne tragicznych zwrotów akcji, wydzielin i bólu. Nie ma tabu, to oni są władcami tego świata, wreszcie mogą pogadać, więc gadają krwiście, gadają rakowo, guzowato, zza słów wyzierają oblepione juchą przyrządy chirurgiczne, waciki poutykane w mięchu, zaropiałe zapalenia, napuchnięte kończyny, pęknięte żyły, a mnie ścina przerażenie. Wolę więc czekać wśród jeszcze tych nierozgadanych, wymieszanych z tymi którzy „tylko po odbiór wyników”, jeszcze w płaszczach, spieszących się, niezadomowionych i skurczonych. W ciszy tematów nijakich, bo ze świata zza szpitalnych drzwi.

I wreszcie fotel z kroplówką w pakiecie, miękki na początku, ale z każdą godziną coraz twardszy. Jeśli to możliwe wybieram kozetkę, bo wiem, że i tak zasnę w pierwszej pół godzinie od wkłucia do mojego portu. Ale zanim zasnę, wzrok jeszcze błądzi nieśmiało po otoczeniu. Nie tylko mój. Przesuwamy spojrzeniem po naszych twarzach, ale tylko na chwilę, by nikogo nie urazić zbyt długą obserwacją. Nie chcemy siebie zobaczyć, uznać wzajemnej obecności. Chcemy ocalić złudzenie intymności, nie wtrącać się w czyjś dramat, czyjś ból żył, nieruchomość przedramienia przeoranego igłą. Jest cicho i ta cisza ma trochę wymiar sakralny, wspólnotowy, to komunia… wzajemnej delikatności, wspólnej kruchości, słabości, ale w sile, bo przecież przetrwamy i tę kolejną chemię. I jeszcze powtarzalność wszystkiego, co dwa tygodnie, co tydzień, ten sam… rytuał, tworzenie świata od podstaw, za każdym razem od nowa, raz jeszcze przywoływanie pierwotnego gestu narodzin i śmierci, poczęcia i rozkładu.

A wszystko ledwo wyczuwalne, bo czuje się tu raczej niewiele. Jest się uwiązanym, przykutym łańcuchem do kroplówki. To trzyma ciało w ryzach, ogranicza ruchy, zmniejsza zakres, świat robi się jeszcze mniejszy, zajmuje tyle ile ten fotel, a czasem – gdy kogoś boli – tyle ile wkucie wenflonu.

Świat bez okien, te są najczęściej zasłonięte żaluzjami, zresztą kogo miałoby obchodzić co się dzieje po drugiej stronie. Jesteśmy poza tym, poza wszystkim. Gdzieś w tle szumi telewizor, co jakiś czas słychać prośbę o wymianę kroplówki. I tyle. Każdy chciałby być sam, ale nie ma się gdzie ukryć. Światło jest zbyt mocne, ze zbyt wielu stron, nie tworzy cieni.

Po około dwudziestu minutach po podłączeniu do kroplówki zaczyna się moje powolne upadanie, grawitacja działa silniej, choć ciało staje się dziwnie lekkie. Coś mnie zasysa, wciąga. Wchodzę w mrok, myśli się gubią, uciekają, nie dają się uchwycić, choć jeszcze widoczne, to już rozpierzchają się w popłochu. W pewnym momencie już nawet nie próbuję ich łapać. Intelekt zasypia, jest niepokojąco cicho w głowie, umysł staje w miejscu, nie zahacza się już o nic, świat robi się płaski, bez poruszeń, staję się na niego obojętna. Nie ma już linoleum, nie ma butów, palców, teczek, są tylko ostre wonie i mała zadaniowość – pójść do łazienki, obrócić się na drugi bok bez uszkodzenia podłączenia do portu, okryć kocem bardziej, bo zimno. Zimno. Powoli tracę siebie. Następnego dnia będzie tylko gorzej, stracę siebie na parę dni, stracę też zaufanie do swojego umysłu. Najlepsze co mogę robić to leżeć, gapić się w sufit i czekać. Gdy rozum śpi, budzą się demony – emocjonalne. W kolejnych dniach emocje podbiją to królestwo zatrutego ciała, będą buszować jak szalone, niepilnowane przez nic spenetrują umysł, rozbestwią się i zagarną wszystko. I wtedy płaczę, bo to paleta całego smutku i bezsilności jaki może przyjść do głowy.

I kiedy to wszystko się dzieje, a także dzień przed chemią, czuję ogromną pustkę słów. To wyjątkowe chwilę, w których słowa nie znaczą nic, nic nie mogą powiedzieć. Ani moje ani czyjeś do mnie. Jestem zawieszona w ciszy, nawet jeśli słów pada wiele. To kolejne rozczarowanie, zwłaszcza, że słowa to dla mnie tak wiele. A może to szansa na znalezienie czegoś więcej, innej drogi wyrazu? Boję się jednak tego, że jeśli będzie skuteczna, będzie też zbyt bolesna. Tak często nie mam siły powiedzieć dlaczego nie mam siły. I tak często mam ochotę wymiotować całym swoim życiem. Nie dlatego, że jest tak mdło, nie, tego wszystkiego jest po prostu za dużo, to mdłości z przepychu, ze świata, który nie mieści mi się w głowie. Póki co już wolę pustkę słów i to, że nic sobie nawzajem nie możemy powiedzieć. Nawet jeśli to najdłuższy z dotychczasowych moich tekstów na tym blogu.

Screen Shot 2018-01-09 at 20.00.22

6 uwag do wpisu “Cisza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s